Pora wreszcie napisać post o moich przemyśleniach, odnoszących się do sławnych tekstów Alehana „Pieczęć, czyli jak ukraść człowiekowi duszę” oraz „Złodzieje Dusz”. Jeśli ktoś ich nie czytał, oczywiście powinien nadrobić zaległości, inaczej to zawiera ta notka, nie będzie miało sensu.
Nie ma potrzeby streszczać o czym dokładnie są te artykuły, ale w paru słowach wypada, choćby po to aby uporządkować myśli i nadać im kierunek. A zatem niejaki Alehan (prawdziwego imienia nie znamy, ponieważ – jak twierdzi sam autor – nie chciał podawać swoich personaliów i narażać się tym samym na przykrości), w latach 2004-2005 opublikował dwa artykuły, w których opowiada o magicznym wymiarze kościelnych obrzędów oraz sednie tych działań. Otóż każdy z tzw. siedmiu sakramentów głównych – a nie przypadkiem jest ich siedem – stanowi jednocześnie rytuał, który blokuje ludziom poszczególne czakry. Szczegóły są dobrze opisane w artykule „Złodzieje dusz”.
Pierwsze pytanie, jakie nasuwa się po zapoznaniu z materiałem brzmi: czy to możliwe?
Ja na to pytanie odpowiedzieć nie umiem, a w każdym razie nie jestem na tyle biegła w sztukach magicznych, by móc jednoznacznie potwierdzić, bądź zanegować argumenty Alehana. Na podstawie przemyśleń oraz obserwacji, doszłam tylko do wniosku, że coś jest na rzeczy. Z pewnością istnieją sposoby, by wpływać na życie, myśli i funkcjonowanie człowieka manipulując jego energetyką. Z pewnością też religia jest stworem energetycznym. Nie mam też żadnych wątpliwości, że bardzo wielu z pośród „świętych” i mistyków, do których Kościół każe zanosić modły, było opętanymi przez byty demoniczne. Jeśli ja, taki tam mały żuczek, potrafię rozróżnić opętanie od świętego nawiedzenia, to teologowie, biskupi, księża i inni „spece” tym bardziej są w stanie dostrzec różnicę. No, może nie wszyscy, ale jestem głęboko przekonana, iż wśród kapłanów są osoby doskonale świadome, że ten i ów „święty” zupełnie nie nadaje się na ołtarze, a modlenie się do niego może przysporzyć, delikatnie mówiąc, niechcianych wrażeń… Ale to temat na inną notkę, którą być może napiszę przy innej okazji. W każdym razie, wiem doskonale, że Kościół zarówno instytucjonalny „ziemski”, jak i ten rozumiany jako nurt duchowy, są szkodliwe. Nie wydaje mi się zatem takie całkowicie dziwne, że ta religia może celowo operować magicznymi rytuałami i mieć niecne zamiary…
Chciałabym tu skupić się na jednym szczególnym sakramencie i jego roli. Każdy katolik doskonale wie, jak istotna jest eucharystia. Tajemnica wiary opiera się na „przeistoczeniu” – oto opłatek staje się ciałem i krwią Chrystusa… ale to nie jest tylko formułka, wygłaszana przez kapłana gwoli przypomnienia ostatniej wieczerzy. Znane są przypadki, kiedy opłatek stawał się kawałkiem mięsa i takich cudów udokumentowano wiele. Msza sama w sobie jest rytuałem, a nawet i bez cudu fizycznego przemienienia opłatka w ciało Chrystusa, podczas komunii ma miejsce rytualny kanibalizm.
Dobra, ale czemu ten komunijny rytuał ma służyć? Jakie efekty wywołuje i dlaczego jest taki super ważny? Tego Alehan nie opowiedział, niemniej udało mi się dojść tu do ciekawych wniosków. Tropem, który prowadził do odkrycia znaczenia rytuału, jest fakt, iż Kościołowi bardzo mocno zależy, abyśmy przystępowali do komunii. Komunia jest sensem i celem istnienia mszy świętej. Nie jest nim kazanie, nie stanie w kościele przez godzinę i śpiewanie psalmów, nie słuchanie słów ewangelii. Komunia stanowi coś, co można nazwać punktem kulminacyjnym programu i powodem dla którego księża w ogóle odprawiają mszę. Trzecie główne przykazanie kościelne mówi wprost, że katolik powinien przynajmniej raz do roku uczestniczyć we mszy, by przyjąć komunię – z naciskiem na komunię…
O co tu chodzi? Po co? A po to, że nie istnieje rytuał magiczny, który raz zrobiony utrzyma swoją moc już na wieki. Pieczęcie (czy czymkolwiek jest to, co instalują w naszych czakrach podczas chrztu i podczas pozostałych sakramentów), muszą być regularnie wzmacniane sakramentem nr 3, inaczej słabną i przestają działać. Tu rozmijam się z Alehanem, który sugerował, że aby w ogóle wyzwolić się od pieczęci, należy dokonać aktu apostazji i poddać się rytuałowi „odchrzeczenia”. Otóż nie, w większości wypadków, aby pieczęć przestała być skuteczna i wpływać na pole duchowe, wystarczy trzymać się z dala od mszy, przede wszystkim zaś absolutnie nie przyjmować komunii przez kilka-kilkanaście lat.
Proste? Mam nadzieję.
Ale czy to prawda? Tak, i istnieją dowody, że tak właśnie to działa. Dowody te mam wokół siebie i Wy też je łatwo znajdziecie. Ludzie, którzy z jakichś przyczyn przestali uczestniczyć we mszy i nie przyjmują komunii, stopniowo zaczynają otwierać się na swoją naturalną duchowość. Zaczynają wyłapywać to, co wcześniej by im przez myśl nie przeszło. Nie chodzi nawet o ezoteryczne klimaty, tylko ogólną świadomość, sposób postrzegania świata i swojego życia. Natomiast osoby w pełni uczestniczące we mszy, żyją jak zahipnotyzowane. Nie istnieje dla nich nic, poza tym czego uczy Kościół i co Kościół akceptuje. Wierni, którzy mechanicznie spełniają obowiązek uczestnictwa we mszy i przystępują do komunii mniej lub bardziej nieregularnie, mimo wszystko pozostają pod wpływem tej energii – łatwo zauważyć, że nie rozwijają się duchowo, a ich umysły i nie wychodzą poza ramy narzucone przez Kościół.
Pieczęcie przecież nie są korkiem, który zapycha centra energetyczne – to trochę przypomina filtr, przez który przedostać się może tylko to, co pochodzi z nauk Kościoła, w ten czy inny sposób chroni jego interesy, lub przynajmniej im nie zagraża. W interesie tej religii leży oczywiście nie co innego, tylko zatrzymanie wiernego i korzystanie z dobrodziejstw jego energii. A jaki tam ów jest, a mniejsza! Religia ma w nosie, czy kradniesz, uprawiasz seks, wróżysz z tarota, czy może zabijasz ludzi. Każda religia jako byt energetyczny, chce tylko mieć stałe zasilanie, poplecznika, taką prywatną owieczkę do strzyżenia.
Osoba z działającym filtrem nie przyjmuje niczego, co mogłoby spowodować uwolnienie się, a jeśli przyjmuje to w bardzo ograniczonym stopniu i bardzo łatwo wraca na „odpowiednie” tory. Gdy jednak zdarzy się wyjątek i zapieczętowany człowiek próbuje samowolki, Kościół jako byt energetyczny może się o niego upomnieć. Zmusić do niczego nie jest w stanie, ponieważ niezależnie od wszystkiego, w duchowym sensie zawsze mamy wolną wolę. Bez przeszkód może on za to swoją owieczkę sugestywnie nastraszyć, co z resztą zawsze chętnie czyni, tak że owieczka sama przybiegnie oddać się pasterzowi.
Historia modelowa: jest małżeństwo, które po sakramentalnym „tak”, dalej już niespecjalnie interesuje się spełnianiem chrześcijańskiego obowiązku. Postanawiają nie chrzcić swojego dzidziusia, bo „My do kościoła to nie chodzimy, dziecka zmuszać też nie będziemy – gdy dorośnie sam wybierze, czy chce być katolikiem…” Świetnie, mają do tego prawo. Ale zaczyna dziać się coś dziwnego… rodzicom śnią się koszmary, że jakaś zła siła ogarnia ich dzieciątko, chce je zabrać, skrzywdzić. Czasem nawet w biały dzień mama doświadcza niewytłumaczalnego lęku, dziecko stale budzi się z krzykiem… Co robią rodzice w tej sytuacji? Oczywiście dochodzą do wniosku, że tą złą siłą jest szatan i muszą przed nim ochronić swoje maleństwo. Tak ich wychowano – chcąc nie chcąc, automatycznie przyjmują, że skoro zło chce się dobrać do dziecka, to chrzest pomoże. I co? A pewnie, że pomaga!
Jak diabli! Lepszego sposobu nie ma, wszak nieciekawe doznania faktycznie zawdzięcza się brakowi chrztu.
Nie jest istotne, czy dzidziuś będzie wychowywany na wzorowego chrześcijanina, czy nie – najważniejsze żeby został oznakowany i przypisany chrześcijaństwu. Poprzez tę pierwszą inicjację staje się częścią stada i podlega głosowi ducha religii. Następna inicjacja (pierwsza komunia + eucharystia chociaż raz na rok) pozwalają na zachowanie nici wiążącej człowieka z egregorem. Obrazowo mówiąc, to tak jak z płaceniem rachunku za internet. Jeśli przestaniesz się rozliczać, kiedyś wreszcie zostaniesz od sieci odcięty… Tyle, że religia jest takim opiekuńczym dostawcą, który blokuje użytkownikom dostęp do „szkodliwych” treści, przy czym lwią część pracy robi na poziomie energetycznym, część prostą propagandą – wzbudzaniem strachu przed potępieniem w przypadku zejścia z „właściwej” drogi.
To ostatnie działa najzacniej. Nie ma jak dobry bat! Wielu osobom zdarza się zwątpić w religię katolicką. Przestają chodzić na msze, żyją jak wolni ludzie i z czasem zaczynają myśleć oraz czuć jak wolni ludzie. Co się dzieje? Każdego prędzej czy później dopada lęk, że grzeszy, postępuje źle i – kto wie – może ściągnie na siebie straszliwą karę. W wielu wypadkach jest to echo wychowania w określonych wzorcach mentalnych, ale też za tego rodzaju myśli bardzo często odpowiada… sam egregor religii, który dopomina się o swoje. On nie zaciągnie nikogo siłą do kościoła, ani nie wepchnie do ust hostii – nie może. Tak do końca nawet nie potrafi „podstawić nogi”, że coś nam się w życiu pokiełbasi i pobiegniemy błagać Boga o przebaczenie. Jedyne co naprawdę może robić, to powodować dyskomfort i podsyłać nieciekawe myśli, które zinterpretujemy jako skutek odstępstwa od wiary. Może się to zdarzyć wtedy, gdy z powodu zwykłych życiowych zakrętów będziemy bardziej podatni na te podszepty i manipulację. Jeśli zmiękniemy i powrócimy na łono kościoła, byt osiągnie swój cel. A nie warto iść na jakiekolwiek kompromisy. Jeśli nie poddamy się, uodpornimy na jego oddziaływanie nie biorąc udziału w sakramentach, nadejdzie czas kiedy będzie musiał odpuścić. Bo tu wszystko zależy od naszej woli, nie od rytuału odchrzczenia i nie od apostazji. Te działania mogą trochę nas wzmocnić psychicznie i utwierdzić w decyzji, lecz nie sprzedają immunitetu.
To jest akurat najbardziej krzepiące i warte zapamiętania: w świecie duchowym NIC nie jest w stanie nas więzić, opętywać czy niewolić, jeśli sami nie wyrazimy zgody na bycie zniewolonym.
***
Temat jest kontrowersyjny i zdaję sobie sprawę, że znajdą się osoby, którym skoczy ciśnienie, inni z kolei postanowią mnie nawrócić i przekonać, że z katolicyzmem wszystko jest ok. Od razu uprzedzam, że komentarze mające na celu nawracanie będę ignorowała i/lub kasowała, ponieważ – z całym szacunkiem – nie mam zamiaru wdawać się w jałowe dyskusje.


