O „Złodziejach Dusz”

Pora wreszcie napisać post o moich przemyśleniach, odnoszących się do sławnych tekstów Alehana „Pieczęć, czyli jak ukraść człowiekowi duszę” oraz „Złodzieje Dusz”. Jeśli ktoś ich nie czytał, oczywiście powinien nadrobić zaległości, inaczej to zawiera ta notka, nie będzie miało sensu.

Nie ma potrzeby streszczać o czym dokładnie są te artykuły, ale w paru słowach wypada, choćby po to aby uporządkować myśli i nadać im kierunek. A zatem niejaki Alehan (prawdziwego imienia nie znamy, ponieważ – jak twierdzi sam autor – nie chciał podawać swoich personaliów i narażać się tym samym na przykrości), w latach 2004-2005 opublikował dwa artykuły, w których opowiada o magicznym wymiarze kościelnych obrzędów oraz sednie tych działań. Otóż każdy z tzw. siedmiu sakramentów głównych – a nie przypadkiem jest ich siedem – stanowi jednocześnie rytuał, który blokuje ludziom poszczególne czakry. Szczegóły są dobrze opisane w artykule „Złodzieje dusz”.

Pierwsze pytanie, jakie nasuwa się po zapoznaniu z materiałem brzmi: czy to możliwe?

Ja na to pytanie odpowiedzieć nie umiem, a w każdym razie nie jestem na tyle biegła w sztukach magicznych, by móc jednoznacznie potwierdzić, bądź zanegować argumenty Alehana. Na podstawie przemyśleń oraz obserwacji, doszłam tylko do wniosku, że coś jest na rzeczy. Z pewnością istnieją sposoby, by wpływać na życie, myśli i funkcjonowanie człowieka manipulując jego energetyką. Z pewnością też religia jest stworem energetycznym. Nie mam też żadnych wątpliwości, że bardzo wielu z pośród „świętych” i mistyków, do których Kościół każe zanosić modły, było opętanymi przez byty demoniczne. Jeśli ja, taki tam mały żuczek, potrafię rozróżnić opętanie od świętego nawiedzenia, to teologowie, biskupi, księża i inni „spece” tym bardziej są w stanie dostrzec różnicę. No, może nie wszyscy, ale jestem głęboko przekonana, iż wśród kapłanów są osoby doskonale świadome, że ten i ów „święty” zupełnie nie nadaje się na ołtarze, a modlenie się do niego może przysporzyć, delikatnie mówiąc, niechcianych wrażeń…  Ale to temat na inną notkę, którą być może napiszę przy innej okazji. W każdym razie, wiem doskonale, że Kościół zarówno instytucjonalny „ziemski”, jak i ten rozumiany jako nurt duchowy, są szkodliwe. Nie wydaje mi się zatem takie całkowicie dziwne, że ta religia może celowo operować magicznymi rytuałami i mieć niecne zamiary…

Chciałabym tu skupić się na jednym szczególnym sakramencie i jego roli. Każdy katolik doskonale wie, jak istotna jest eucharystia. Tajemnica wiary opiera się na „przeistoczeniu” – oto opłatek staje się ciałem i krwią Chrystusa… ale to nie jest tylko formułka, wygłaszana przez kapłana gwoli przypomnienia ostatniej wieczerzy. Znane są przypadki, kiedy opłatek stawał się kawałkiem mięsa i takich cudów udokumentowano wiele. Msza sama w sobie jest rytuałem, a nawet i bez cudu fizycznego przemienienia opłatka w ciało Chrystusa, podczas komunii ma miejsce rytualny kanibalizm.

Dobra, ale czemu ten komunijny rytuał ma służyć? Jakie efekty wywołuje i dlaczego jest taki super ważny? Tego Alehan nie opowiedział, niemniej udało mi się dojść tu do ciekawych wniosków. Tropem, który prowadził do odkrycia znaczenia rytuału, jest fakt, iż Kościołowi bardzo mocno zależy, abyśmy przystępowali do komunii. Komunia jest sensem i celem istnienia mszy świętej. Nie jest nim kazanie, nie stanie w kościele przez godzinę i śpiewanie psalmów, nie słuchanie słów ewangelii. Komunia stanowi coś, co można nazwać punktem kulminacyjnym programu i powodem dla którego księża w ogóle odprawiają mszę. Trzecie główne przykazanie kościelne mówi wprost, że katolik powinien przynajmniej raz do roku uczestniczyć we mszy, by przyjąć komunię – z naciskiem na komunię…

O co tu chodzi? Po co? A po to, że nie istnieje rytuał magiczny, który raz zrobiony utrzyma swoją moc już na wieki. Pieczęcie (czy czymkolwiek jest to, co instalują w naszych czakrach podczas chrztu i podczas pozostałych sakramentów), muszą być regularnie wzmacniane sakramentem nr 3, inaczej słabną i przestają działać. Tu rozmijam się z Alehanem, który sugerował, że aby w ogóle wyzwolić się od pieczęci, należy dokonać aktu apostazji i poddać się rytuałowi „odchrzeczenia”. Otóż nie, w większości wypadków, aby pieczęć przestała być skuteczna i wpływać na pole duchowe, wystarczy trzymać się z dala od mszy, przede wszystkim zaś absolutnie nie przyjmować komunii przez kilka-kilkanaście lat.

Proste? Mam nadzieję.

Ale czy to prawda? Tak, i istnieją dowody, że tak właśnie to działa. Dowody te mam wokół siebie i Wy też je łatwo znajdziecie. Ludzie, którzy z jakichś przyczyn przestali uczestniczyć we mszy i nie przyjmują komunii, stopniowo zaczynają otwierać się na swoją naturalną duchowość. Zaczynają wyłapywać to, co wcześniej by im przez myśl nie przeszło. Nie chodzi nawet o  ezoteryczne klimaty, tylko ogólną świadomość, sposób postrzegania świata i swojego życia. Natomiast osoby w pełni uczestniczące we mszy, żyją jak zahipnotyzowane. Nie istnieje dla nich nic, poza tym czego uczy Kościół i co Kościół akceptuje. Wierni, którzy mechanicznie spełniają obowiązek uczestnictwa we mszy i przystępują do komunii mniej lub bardziej nieregularnie, mimo wszystko pozostają pod wpływem tej energii – łatwo zauważyć, że nie rozwijają się duchowo, a ich umysły i nie wychodzą poza ramy narzucone przez Kościół.

Pieczęcie przecież nie są korkiem, który zapycha centra energetyczne – to trochę przypomina filtr, przez który przedostać się może tylko to, co pochodzi z nauk Kościoła, w ten czy inny sposób chroni jego interesy, lub przynajmniej im nie zagraża. W interesie tej religii leży oczywiście nie co innego, tylko zatrzymanie wiernego i korzystanie z dobrodziejstw jego energii. A jaki tam ów jest, a mniejsza! Religia ma w nosie, czy kradniesz, uprawiasz seks, wróżysz z tarota, czy może zabijasz ludzi. Każda religia jako byt energetyczny, chce tylko mieć stałe zasilanie, poplecznika, taką prywatną owieczkę do strzyżenia.

Osoba z działającym filtrem nie przyjmuje niczego, co mogłoby spowodować uwolnienie się, a jeśli przyjmuje to w bardzo ograniczonym stopniu i bardzo łatwo wraca na „odpowiednie” tory.  Gdy jednak zdarzy się wyjątek i zapieczętowany człowiek próbuje samowolki, Kościół jako byt energetyczny może się o niego upomnieć. Zmusić do niczego nie jest w stanie, ponieważ niezależnie od wszystkiego, w duchowym sensie zawsze mamy wolną wolę. Bez przeszkód może on za to swoją owieczkę sugestywnie nastraszyć, co z resztą zawsze chętnie czyni, tak że owieczka sama przybiegnie oddać się pasterzowi.

Historia modelowa: jest małżeństwo, które po sakramentalnym „tak”, dalej już niespecjalnie interesuje się spełnianiem chrześcijańskiego obowiązku. Postanawiają nie chrzcić swojego dzidziusia, bo „My do kościoła to nie chodzimy, dziecka zmuszać też nie będziemy – gdy dorośnie sam wybierze, czy chce być katolikiem…” Świetnie, mają do tego prawo. Ale zaczyna dziać się coś dziwnego… rodzicom śnią się koszmary, że jakaś zła siła ogarnia ich dzieciątko, chce je zabrać, skrzywdzić. Czasem nawet w biały dzień mama doświadcza niewytłumaczalnego lęku, dziecko stale budzi się z krzykiem… Co robią rodzice w tej sytuacji? Oczywiście dochodzą do wniosku, że tą złą siłą jest szatan i muszą przed nim ochronić swoje maleństwo. Tak ich wychowano – chcąc nie chcąc, automatycznie przyjmują, że skoro zło chce się dobrać do dziecka, to chrzest pomoże. I co? A pewnie, że pomaga! :) Jak diabli! Lepszego sposobu nie ma, wszak nieciekawe doznania faktycznie zawdzięcza się brakowi chrztu.

Nie jest istotne, czy dzidziuś będzie wychowywany na wzorowego chrześcijanina, czy nie – najważniejsze żeby został oznakowany i przypisany chrześcijaństwu. Poprzez tę pierwszą inicjację staje się częścią stada i podlega głosowi ducha religii. Następna inicjacja (pierwsza komunia + eucharystia chociaż raz na rok) pozwalają na zachowanie nici wiążącej człowieka z egregorem. Obrazowo mówiąc, to tak jak z płaceniem rachunku za internet. Jeśli przestaniesz się rozliczać, kiedyś wreszcie zostaniesz od sieci odcięty… Tyle, że religia jest takim opiekuńczym dostawcą, który blokuje użytkownikom dostęp do „szkodliwych” treści, przy czym lwią część pracy robi na poziomie energetycznym, część prostą propagandą – wzbudzaniem strachu przed potępieniem w przypadku zejścia z „właściwej” drogi.

To ostatnie działa najzacniej. Nie ma jak dobry bat! Wielu osobom zdarza się zwątpić w religię katolicką. Przestają chodzić na msze, żyją jak wolni ludzie i z czasem zaczynają myśleć oraz czuć jak wolni ludzie.  Co się dzieje? Każdego prędzej czy później dopada lęk, że grzeszy, postępuje źle i – kto wie – może ściągnie na siebie straszliwą karę. W wielu wypadkach jest to echo wychowania w określonych wzorcach mentalnych, ale też za tego rodzaju myśli bardzo często odpowiada… sam egregor religii, który dopomina się o swoje. On nie zaciągnie nikogo siłą do kościoła, ani nie wepchnie do ust hostii – nie może. Tak do końca nawet nie potrafi „podstawić nogi”, że coś nam się w życiu pokiełbasi i pobiegniemy błagać Boga o przebaczenie. Jedyne co naprawdę może robić, to powodować dyskomfort i podsyłać nieciekawe myśli, które zinterpretujemy jako skutek odstępstwa od wiary. Może się to zdarzyć wtedy, gdy z powodu zwykłych życiowych zakrętów będziemy bardziej podatni na te podszepty i manipulację. Jeśli zmiękniemy i powrócimy na łono kościoła, byt osiągnie swój cel. A nie warto iść na jakiekolwiek kompromisy. Jeśli nie poddamy się, uodpornimy na jego oddziaływanie nie biorąc udziału w sakramentach,  nadejdzie czas kiedy będzie musiał odpuścić. Bo tu wszystko zależy od naszej woli, nie od rytuału odchrzczenia i nie od apostazji. Te działania mogą trochę nas wzmocnić psychicznie i utwierdzić w decyzji, lecz nie sprzedają immunitetu.

To jest akurat najbardziej krzepiące i warte zapamiętania: w świecie duchowym NIC nie jest w stanie nas więzić, opętywać czy niewolić, jeśli sami nie wyrazimy zgody na bycie zniewolonym.

 ***

Temat jest kontrowersyjny i zdaję sobie sprawę, że znajdą się osoby, którym skoczy ciśnienie, inni z kolei postanowią mnie nawrócić i przekonać, że z katolicyzmem wszystko jest ok. Od razu uprzedzam, że komentarze mające na celu nawracanie będę ignorowała i/lub kasowała, ponieważ – z całym szacunkiem – nie mam zamiaru wdawać się w jałowe dyskusje.

This entry was posted in Bez kategorii, Różności and tagged , , , , . Bookmark the permalink.

13 Responses to O „Złodziejach Dusz”

  1. Zdzislaw says:

    Pozdrawiam serdecznie na poczatek tylko wspomne ze czytam od jakiegos czasu Pani komentarze ktore mi sie podobaja. Ja rowniez zastanawiam sie jak to jest z ta nasza wiara katolicka. Po czesci zostalismy tak wychowani i to mamy we krwi i to prawda. Moze zaczne od tego saramentalnego Tak na slubie. Moze to i prawda ze sa jakies sily magiczne w tym ze dwoje ludzi sklada sobie przysiege i w obecnosci Boga w ktorego wierzymy. Ale czy to nie daje nam wiecej sily by byc lepszym czlowiekiem i utrzymac rodzine w calosci. By nie bylo rozwodow itd. Co do calej komuni to mamy tez przyklady ze to nie jest tak bo np trzeba wspomniec Ojca Pio i chocby naszego zakonnika Klimuszko, przyjmowali komunie mysle ze czesto i mieli tez wizje. Mozna tez znalesc i inne przyklady naukowcow ktorzy byli ateistami a nawrocili sie i stali sie wyznawcami wiary. Jak bysmy byli bez wiary to ludzie stali by sie bardziej zwierzecy. A to juz obserwujemy :) . Nie chce tez wypowiadac sie ze mam monopol na to by wszyscy byli wirzacy ale jest nam to potrzebne by miec wyzsze wartosci. Pozdrawiam Zdzislaw.

  2. Kinga says:

    Witam serdecznie :)

    W pewnym sensie to prawda, że sakramentalne „tak” cementuje związek, ale jest to kwestia wyłącznie kulturowa. Realnie patrząc, ślub jako taki nie powoduje tego, że ludzie bardziej się kochają, żyją zgodniej, a ich związek staje się lepszy od innych związków. Ślub kościelny teoretycznie można wziąć tylko jeden raz w życiu, co sprawia że jakaś część osób nie pali się do rozstania i wydaje się ono straszną ostatecznością. Kiedyś to w ogóle było nie do pomyślenia. Małżeństwo mogło być koszmarem i pomyłką stulecia, ale ludzie byli razem – nie dlatego że wierzą w Boga, ani nawet nie dlatego że są chrześcijanami, tylko to po prostu nie było społecznie akceptowane i „rozwodnik” był napiętnowany.

    Ale to każdy wie, dlatego skupmy się na ślubie-rytuale, czyli tym jakie znaczenie ma ta ceremonia w sensie czysto duchowym. Ślub jako rytuał jest związaniem ludzi, ale oczywiście nie w fizycznym sensie, bo gdyby tak to działało, poślubione pary nigdy by się nie rozstawały. ;) Ślub wiąże ludzi na poziomie duchowym i energetycznym – skutkuje m.in. tym, że ludzie są na siebie skazani nawet przez kilka kolejnych wcieleń (nie koniecznie później znów są małżeństwem, ale tez i nie należy to do rzadkości). Nie umiem tak do końca powiedzieć, co jeszcze się dzieje, jeśli poznam jakieś ciekawe szczegóły, na pewno się nimi podzielę.

    „Złodzieje dusz”, to nie do końca adekwatna nazwa. Duszy ukraść nie można – uważam, że kościół nikomu jej nie zabiera w dosłownym sensie. Ostatnie namaszczenie (czyli sakrament przyjmowany na łożu śmierci/w przypadku poważnej choroby grożącej śmiercią), najprawdopodobniej ma na celu sprawienie, by dusza w następnym wcieleniu znów była związana z chrześcijaństwem, należała do kościoła i oddawała mu swoją energię. Tym samym koło się zamyka.
    Tak sądzę, bo to co się dzieje z nami na łożu śmierci, ma niebagatelne znaczenie i mocno wpływa na to, z czym i w jaki sposób powrócimy. Jest sporo relacji świadczących o tym, że moment odejścia jest szalenie ważny i okoliczności odejścia (towarzyszące mu emocje, ból, świadomość bądź jej brak etc.) odciskają mocny ślad.
    Rytuał operujący na czakrach z pewnością wywiera silny efekt (ostatnie namaszczenie zdecydowanie do takich należy: przypomnijmy, że kapłan specjalnym olejkiem czyni znak krzyża dokładnie na czakrze trzeciego oka i wewnętrznej stronie dłoni – osobom duchownym robią to na zewnętrznej stronie dłoni (?), poza tym zawsze operują na czakrze podstawy.
    PO CO TO, jeśli wg. nauk czcigodnego kościoła, nie ma czegoś takiego jak czakry? Z jakiego powodu najważniejsze kościelne rytuały koncentrują się na tych specjalnych miejscach?

    Dziękuję za wspomnienie Ojca Pio. Jest właśnie to bardzo wyraźny przypadek opętania – klasyka! Wystarczy prześledzić jak to się zaczęło i na czym polegało. Już jako dziecko zaczął doświadczać wizyt „złego”, które oczywiście nie należały do przyjemnych, i „dobrego” który oferował mu pomoc w walce z tamtym, zbawienie świata, odkupienie grzechów i tego rodzaju sprawy. Całe życie doświadczał diabelskich ataków, oraz pełnych współczucia i piękna kontaktów z Bogiem, Aniołami i tak dalej. Istoty „dobre” podpowiadały by walczył ze złymi, oczywiście z ich pomocą i wsparciem duchowym…
    Tyle, że to co go dręczyło i owe „dobre” istoty, to był ten sam byt, który grał z nim w dobrego i złego glinę.
    Jest to bardzo częsta manipulacja mająca na celu wydębienie zgody na opętanie. Żaden byt nie może dobrać się do człowieka, dopóki ten sam się na to nie zgodzi. Kto chciałby być opętany? No nikt… Dlatego potrzebne jest małe kombinatorstwo. O tyle, o ile złe byty nie mogą nikogo opętać samowolnie, o tyle nic nie stoi na przeszkodzie, by udawały kogoś, kim nie są i zrobiły ofiarę w konia.
    I tak byt zazwyczaj najpierw zastrasza ukazując piekielne wizje, później przychodzi jako dobry i oferuje pomocną dłoń. Człowiek głęboko wierzący, widząc przed sobą anioła czy inną świętą postać, zawsze im uwierzy bez zastrzeżeń i odda się w opiekę (i już jest ich). Później następuje dręczenie, włącznie z fizycznymi obrażeniami, z jednoczesnym „wspieraniem” przez „dobrego opiekuna”, który przekonuje, że to misja zbawienia dusz, coś wzniosłego i świętego. Wszystko, byle opętany nie próbował walczyć, ani nie zmienił zdania.
    Tak, identycznej historii doświadczyła Anneliese Michaelsen, tyle że byt – lub byty – który ją opętały, działały dużo bardziej destrukcyjnie, dość szybko doprowadzając do zniszczenia organizmu żywicielki. Te Ojca Pio były nieco łagodniejsze i bardziej inteligentne.

    Kościół nigdy tego wszystkiego nie ujawni i nie przyzna, ponieważ musieliby powiedzieć prawdę: byty, które zwą demonami, nie mają kompletnie żadnego problemu z udawaniem Jezusa, anioła, czy nawet Matki Bożej. Mogą przyjąć formę jaką zechcą i stworzyć każdą iluzję. Co więcej, chodzenie do kościoła i bycie „świętym” (modlitwa, czystość, sakramenty etc.) w ogóle nie chronią przed opętaniem. Zarówno Pio jak i Anneliese, byli osobami bardzo żarliwie wierzącym, spędzającymi na modlitwie i żyjące w stanie łaski (tzn. regularnie się spowiadali, przyjmowali komunię). I to im w niczym nie pomogło…

    Jeszcze a propos Ojca Pio – byty które mu przez całe życie towarzyszyły, najwyraźniej nadal są obecne w pobliżu jego ciała. Znam kilka relacji (jedna z nich była opublikowana w Nieznanym Świecie w rubryce listy czytelników), kiedy pielgrzymi w San Giovanni Rotondo, doświadczali wizji „piekielnych twarzy”, czemu towarzyszyło odczucie tak przejmującego zła, że przez kilka dni nie mogli się od tego uwolnić…
    Obecność tych demonów może tłumaczyć, z jakiego powodu ciało nie uległo rozkładowi – gdyby zgniło i obróciło się w proch, one w końcu musiałyby je opuścić i wrócić w swój niebyt. Pewnie zgromadziły wystarczająco dużo energii, by pozostać w naszym wymiarze przez jakiś czas. A może też modlitwy wiernych zasilają je jakoś?
    Ale hola, złe demony w kościele? W świętej bazylice? :) Kościół ze zrozumiałych powodów nigdy tego nie przyzna…

  3. Zdzislaw says:

    Witam serdecznie i musze powiedziec ze to wszystko wprawia mnie w oslupienie. Wiadome jest ze tzw sily szatanskie moga przybierac rozne formy od dobrych to tych zlych np: Kuszenie Jezusa przez szatana. Nie wiedzialem ze ojciec Pio mial z tym problem i byl opetany. Myslalem ze on mial zdolnosci kontaktowania sie dobrymi duchami, ale tez byl atakowany przez zle. Widocznie nie doczytalem tych informacji. W takim razie jezeli przyjac ze ojca Pio cialo nie ulega rozkladowi bo bylo opetane przez sily nieczyste to mnie az ciarki przechodza co to oznacza. To co mozna powiedziec o innych ktorych ciala tez nie ulegaja rozkladowi np Stanislaw Kostka, Sw Andrzej Bobola polski Jezuita, Sw Weronika z Giuliani czy Sw Silvan w Chorwacji – zwloki ponad 1600 lat w stanie znakomitym czy oni tez byli opetani i teraz sily nieczyste nie chca im odpuscic i zostaja przy ciele. To wszystko przeraza i znowu nachodza mnie mysli ze jezeli sa sily nieczyste to sa tez i te dobre czyli istnieje Bog albo przynajmniej jakas potezna sila w postaci energii ktora chroni nas dajac nam dobro. Jezeli wierzymy w duchy zle i dobre to co z reinkarnacja. Sa na to tez przyklady ze ludzie pamietaja co robili w swoich poprzednich wcieleniach o moze zostali opetani prze dusze zmarlych ludzi – za bardzo skomplikowane. Przyimijmy reinkarnacje i to ze czlowiek rodzi sie i z chwila narodzin wstepuje w niego dusza ktora czekala na te narodziny. Wyglada na to ze ta dusza nie zawsze pochodzi z tego samego zrodla. W moim przekonaniu zrodlem sa swiaty rownolegle oddzielajace nasza rzeczywistosc krzywizna czasoprzestrzeni albo czyms podobnym :) . Sam mam problem z tym rozumowaniem, ale najprosciej mozna to zobrazowac stojac na moscie i dolem idzie ulica a pod nia jeszcze jedna, my mozemy stac a zaden samochod nam nic zlego nie robi, te dwie ulice tez nie oddzialywuja na siebie do momenu az ktoz zechce zmienic swe polozenie. Musimy tez przyjac jezeli istnieje dusza i wstepuje w cialo to musi nastepowac jej udoskonalenie bo inaczej po co reinkarnacja i po co te cale dobro na tym swiecie. Zyjemy jak sie da z kim sie da i nie dbamy o nic bo po co, a po nas to chodzby pozar. Wracajac do Pani Kingi spostrzezen dotyczacych tz pieczeci naipierw na chrzcie a potem przy pierwszej komuni itd no i na koniec ostatnie namaszczenie przez znak krzyza na czakrze 3 oka I dloni ?? Nigdy nie widzialem czegos takiego wiec nie wiem jak wyglada ostatnie namaszczenie. Tylko jednego nie rozmumiem co Pani napisala cytuje: “poza tym zawsze operują na czakrze podstawy” Dla mnie CZAKRA PODSTAWY znajduje sie w kroczu na koncu kregoslupa, wiec trudno mi jest wyobrazic sobie osobe duchowna przeprowadzajaca ostatnie namaszczenie —tam :) :) . Moze sie myle bo nigdy nie widzialem ostatniego namaszczenia oprocz telewizji. Trudno mi tez uwierzyc ze dusza po opuszczeniu ciala pamieta do kogo czy jakiej religi przynalezala. Jezeli jest reinkarnacja I nie pamietamy nic z tego albo moze prawie nic to czy dusza moze pamietac do jakiej religi powinnismy przynalezec? Moze? A jak rodzimy sie w innej kulturze i cala rodzina jest muzulmanska a my bylismy wczesniej np protestantami czy katollikami? Hmmm!
    Temat jest bardzo ciekawy I gratuluje pomyslu.
    Pozdrawiam. Zdzislaw.

  4. Kinga says:

    Jak się nad tym zastanowić, kościół nie ukrywa, że byty demoniczne mogą przybierać różne formy i udawać kogo zechcą, tylko ludzie nie podejrzewają co to oznacza.
    W przypadku „świętych objawień” tam zawsze zbiera się grupa specjalistów kościelnych, którzy mają ocenić, czy osoba kontaktująca się np. z Jezusem, przekazująca orędzia, lub mająca dar uzdrawiania, nie jest po prostu opętana. Pozytywne rozpatrzenie oznacza, że osoba ma „dar Ducha Świętego”. Ale jak wskazuje choćby właśnie przykład Ojca Pio, kościół nie zawsze mówi swoim wiernym całą prawdę.

    Jeśli chodzi o innych kościelnych mistyków, nie umiem powiedzieć, czy Stanislaw Kostka, Sw Andrzej Bobola polski Jezuita, Sw Weronika z Giuliani czy Sw Silvan w Chorwacji również byli/mogli być opętani. Nie znam ich historii, musiałabym wczytać się w szczegóły ich życia.
    Generalnie sygnałami mogącymi świadczyć o opętaniu, jest między innymi właśnie to, co spotkało Ojca Pio: na przemian występują kontakty/zmagania ze złymi mocami (jak sam to nazywał: wojna z szatanem), oraz troska rzekomo dobrych sił, które namawiają do dalszego poświęcenia, „wojowania”, cierpienia dla dobra ludzkości, misji zbawienia dusz grzeszników. Oczywiście to jeden z rodzajów opętania, ale są też inne.
    Anneliese Michelsen, miała identyczną sytuację: najpierw prześladowały ją straszne demoniczne twarze, więc zaczęła się intensywnie modlić i szukać bożej pomocy. Wtedy pojawiła się „Maryja” i zaoferowała jej co? Opętanie. :/ Później ta „wspaniała, dobra i kochająca matula” usilnie namawiała Anneliese do dalszych cierpień, pokuty, oddawania się złym mocom. Kompletny obłęd! Egzorcyzmy nie udały się tu pewnie wyłącznie dlatego, że sama Anneliese nie chciała by byty ją opuściły – miała przecież misję zbawienia wielu dusz poprzez swoje cierpienie… Była przekonana i utwierdzana w przekonaniu, że nie wolno jej postąpić inaczej, stchórzyć, zawieść… A kto nią manipulował? „Dobra Maryja”.

    To oczywiste i pewne, że żadna dobra istota nie chce byśmy jakkolwiek cierpieli. Dobre istoty (jakkolwiek je nazwać), nie potrzebują energii bólu, lęku, ani negatywnych wibracji w ogóle! Natomiast te złe karmią się właśnie tego rodzaju energią, stąd nic dziwnego, że zawsze jest im na rękę, by człowiek cierpiał psychicznie i fizycznie, a im bardziej cierpi tym lepiej.

    Trudno jest jednoznacznie określić, skąd biorą się te byty. Z astralu? (Oczywiście co innego duch zmarłego człowieka, a co innego prawdziwy zły byt zwany demonem – one nigdy nie żyły, nie miały ciał, nie są duszami ludzi).
    Astral jest światem najniższym i będącym najbliżej naszego wymiaru. Człowiek bezpośrednio po śmierci też tu trafia i podobno w normalnych okolicznościach zostaje przez około 3-6 dni. Interesujące, że w różnych tradycjach powtarza się motyw, że pogrzeb należy wyprawić właśnie w ciągu 3-6 dni, istnieje też parę ciekawych zabobonów jak np. zasłanianie luster w domu zmarłego aż do pochówku… Po tym czasie dusza powinna przejść do kolejnych wymiarów i nie wracać. Niektóre dusze zostają jednak w astralu nieco dłużej. Na przykład nie chcą rozstać się ze światem materialnym i życiem, a z astralu jest do nas najbliżej (mogą pilnować swoich ziemskich rzeczy, pojawiać się, śnić, a nawet się do kogoś podczepić – ale zmarli ludzie nie są w stanie opętać tak jak byt demoniczny).
    Astral ogólnie ma też tę właściwość, że dusza przebywając w nim może w nim doświadczać czegoś w podobnego do ziemskich spraw: emocji, złości radości, smaków, przyjemności, a nawet upojenia – z tego powodu niektóre duszyczki z własnej woli nie bardzo chcą pójść dalej. Podoba im się to, co tam mają.
    Mój dziadek po śmierci śnił się mamie – zadowolony, uśmiechnięty i zawsze na lekkim rauszu… Ta. :) Twierdził że „Tu wszystko jest za darmo! Wódka, papierosy – ile zechcę!”. :) Prawdopodobnie na tym etapie był właśnie w świecie astralnym. Przestał śnić się dobre kilka lat po śmierci, być może był to moment kiedy z ciało już się rozłożyło i nie mogło być łacznikiem.

    Śmierć w nieświadomości (pod wpływem narkotyków, leków, alkoholu) podobno bardzo sprzyja temu, by dusza utknęła w astralu – jest zdezorientowana, nie wie co się stało, sądzi że nadal jest żywym człowiekiem. Ale to tak na marginesie.
    Dużo ciekawych relacji można przeczytać w książkach poświęconych wędrówkom poza ciało (OOBE).

    Byty demoniczne raczej nie należą do samego astralu, tylko do jeszcze innych wymiarów – skoro istnieją wyższe wymiary gdzie przebywają istoty anielskie, oraz nasi opiekunowie duchowi, powinien też istnieć „świat” duchowych negatywnych istot. Astral jest raczej czymś w rodzaju bramy, przez którą wszelkiej maści energetyczne, bezcielesne byty, mogą przenikać do naszej rzeczywistości i wchodzić w interakcję z ludźmi.

    Wracając do nierozkładania się ciała – hipoteza o tym, że bezcielesny byt, który raczył opętać śmiertelnika, dba o to by nie stracić tego fizycznego ciała, jest całkiem prawdopodobna. Im bardzo zależy na tym, by zaistnieć, być. Tudzież ciało zmarłego stanowi dla nich otwarte przejście do naszego świata… Jakiś związek musi być. Starożytni Egipcjanie i dawne ludy przecież z tego właśnie powodu balsamowali zwłoki faraonów i władców – by duch mógł wrócić.

    Jako ciekawostkę polecam krótki film o mauzoleum Lenina. http://youtu.be/ocUvI1anbAE

    Budynek mauzoleum celowo został wybudowany na wzór mezopotamskich zigguratów (w gruncie rzeczy to JEST ziggurat). Dzięki temu zabiegowi duch zmarłego jest zasilany przez energię żywych, niczego nieświadomych ludzi, i/lub tą energią karmią się byty w zaświatach…


    „Tylko jednego nie rozmumiem co Pani napisala cytuje: “poza tym zawsze operują na czakrze podstawy” Dla mnie CZAKRA PODSTAWY znajduje sie w kroczu na koncu kregoslupa, wiec trudno mi jest wyobrazic sobie osobe duchowna przeprowadzajaca ostatnie namaszczenie —tam”

    Już wyjaśniam. Technicznie rzecz biorąc, wcale nie ma potrzeby, by dotykać miejsc intymnych. Podczas sesji bioenergoterapeuta również pracuje z czarkami (reguluje ich pracę, odblokowuje) – trzyma wówczas dłonie kilka-kilkanaście centymetrów nad ciałem. Wygląda to całkiem podobnie, jak wtedy gdy kapłan błogosławi ołtarz, wiernych, cokolwiek. Nie ma potrzeby dotykać, bo nie pracujemy z ciałem materialnym, tylko z energetycznym. W sakramencie chrztu dotyk pojawia się wtedy, gdy kapłan namaszcza olejkiem, prawda? Podobnie przy ostatnim namaszczeniu: dotyka się czoła i dłoni podczas samego namaszczenia olejkiem, a później kapłan trzyma ręce nad człowiekiem, nie dotykając go.

    Nie wiem z jakiego powodu podczas ostatniej posługi dla kapłana, namaszczana jest
    zewnętrzna strona dłoni, a dla „zwykłych śmiertelników” wewnętrzna. Na pewno jest w tym jakiś cel i bardzo konkretny powód.


    „Trudno mi tez uwierzyc ze dusza po opuszczeniu ciala pamieta do kogo czy jakiej religi przynalezala.”

    To działa w ten sposób, że dusza po śmierci ciała, doskonale wie kim była i jak wyglądało zakończone fizyczne życie. Staje się również świadoma swoich wcześniejszych żywotów.
    Przy nowym wcieleniu zapominamy co i jak, ale nie pamięta tylko nasz świadomy umysł – informacje te przecież można wydobyć poprzez hipnozę, bywa też że małe dzieci przez jakiś czas mają częściową pamięć z poprzedniego wcielenia.

    Przychodząc na świat, dusza za każdym razem ma określony cel do spełnienia, czyli jakąś karmę. Świadomy umysł oczywiście nie zna tego celu i nie pamięta, ale mimo to realizujemy to co powinniśmy realizować i wtedy kiedy powinniśmy. :)
    Przywiązanie duszy do określonej religii może mieć miejsce, tak samo jak niejednokrotnie magiczny rytuał np. na zatrzymanie ukochanego, działa nie tylko w tym danym życiu, ale przez parę następnych wcieleń.
    Spotkałam się też z kilkoma rewelacjami, które wychodziły podczas sesji hipnotyczncych i regresingu. Jeśli osoba w którymś z wcieleń była w sekcie, czy brała udział w obrzędach magicznych, okazuje się, że jej dusza nadal może być przywiązana do starego guru, mistrza duchowego lub maga. W życiu objawia się to poszukiwaniem kolejnych tego rodzaju relacji, specyficznym ciążeniem do określonych doznań.
    Tu nie ma żartów.
    Teoretycznie więc, jeśli człowiek był katolikiem i umarł przyjmując ostatnie namaszczenie, może urodzić się w rodzinie islamskiej, buddyjskiej, nawet ateistycznej… to nie ważne. Duchowo on pozostaje podpięty do egregora religii katolickiej. Prędzej czy później będzie miał ciągotki, żeby się „nawrócić” i zostać katolikiem.
    To może wyjaśniać fenomen rozprzestrzenienia się naszej szacownej religii, która rozrosła się, wchłonęła wiele kultur i zdominowała świat.

  5. Wojtek says:

    Witaj Kingo!

    Moje gratulacje za napisanie świetnego tekstu oraz za odwagę!!! Bardzo ciekawe i przemawiające spostrzeżenia – czy raczej fakty!

    Jak to jest z księżmi – czy są świadomi tego co robią, jakich sposobów używają w „posłudze”, na czym polega ten cały „interes” – ich instytucji, o co w tym wszystkim chodzi, itp.? Czy oni są wtajemniczani od samego początku, czy też manipulowani w seminariach, a poznawanie czystej prawdy zależy od tego, jak wysoko będą piąć się w hierarchii kościelnej w swojej karierze? Zapewne kościelne „szychy” muszą ich również wykorzystywać dla ogólnej strategii funkcjonowania tej organizacji…

    Czy możesz Kingo napisać kilka zdań o corocznym rytuale „kolędowania” i pokropku, „poświęcenia” mieszkania, domu… Zaznaczają „swój teren” – kolejna ich magiczna sztuczka, by trzymać w ryzach poddane owieczki – a co najmniej zwiększać prawdopodobieństwo, że dalej będą ślepo i potulnie tkwić w tej totalnej manipulacji…?

    Czy da się całkowicie zneutralizować rytuał kościelnego ślubu? Czy zawsze już zostanie jakiś „ślad”? Czy da się skutecznie zerwać więzy energetyczno-duchowe z małżonkiem, nawet gdy on tego nie chce (pomimo rozwodu)? A jak to jest ze ślubem cywilnym – taki ma zapewne zdecydowanie mniejszą moc, jest tylko „cywilna” formułka i nie powinno być „drugiego dna”, jakie podstępnie stosuje się w kościelnym rytuale?

    Da się bardzo zauważyć, jak często ludzie, którzy za życia dostrzegali podstępność religii i byli „anty” (brzydkie określenie „antyklerykał”, o negatywnym zabarwieniu, z miejsca bezpodstawnie stawiające człowieka w złym świetle [tak jak "antysemita" - żyda nie można skrytykować, bo zostanie się automatycznie antysemitą!!!]) – na starość głupieją i godzą się na księdza (lub często sami go chcą), który przyjdzie z „ostatnim namaszczeniem”, a na koniec kolejne „potwierdzenie własności” przez katolicki pogrzeb… Moc działania kościoła jest faktycznie bardzo silna i często ponownie otumania człowieka, który niby „przejrzał na oczy” – jest wiele przykładów, wymieniłaś kilka…

    Pozdrawiam,
    Wojtek

  6. Kinga says:

    Jak to ktoś mądry rzekł, odwaga nie polega na nieodczuwaniu strachu, tylko na umiejętności działania pomimo niego. :)

    W kaście kapłanów jest wyraźna hierarchia, a np. sakramentu bierzmowania może udzielać tylko kapłan w randze biskupa. To już sugeruje, że im wyżej, tym bardziej kapłan jest wtajemniczony. Papieżem – szefem całego kościoła – nie może zostać zwykły ksiądz, tylko taki który przeszedł przez wszystkie szczeble kariery…

    Cóż, każde stowarzyszenie o charakterze duchowym, ezoterycznym czy magicznym, ma swoją tradycję i stopnie inicjacji/wtajemniczenia, gdzie wiedza jest dawkowana. Nie trudno się domyślić, że biskup ma większą wiedzę, niż przeciętny proboszcz, a arcybiskup jeszcze większą i tak dalej…
    Jakaś specyficzna edukacja zaczyna się już w seminarium duchownym. Osobiście znam pana (jest już starszym mężczyzną), który odszedł z seminarium tuż przed święceniami, nigdy ich nie przyjmując. Wiem od niego na przykład, że „Pismo Święte” dla prostego ludu (Biblia Tysiąclecia i inne), a to którego oni tam się uczą i mają na własny użytek, to dwie różne historie. Podobnie z wykładnią wiary – kapłanów uczą jednego, a każą mówić coś innego. Ten pan zrezygnował z kapłaństwa dlatego, że nie chciał oszukiwać ludzi.
    Z resztą nie wolno mieć innego zdania niż każą, nie wolno zadawać pewnych pytań, nie wolno szukać odpowiedzi.

    Ogólnie pewnie jest tak jak w każdej sekcie. Jeden wchodzi w to z przekonania i naprawdę wierzy cokolwiek mu mówią, drugi bo mu takie środowisko odpowiada, umożliwia proste życie, kasę i karierę.
    W stu procentach świadomych duchowych praw w raczej jest bardzo, bardzo niewielu i najpewniej należy ich szukać dopiero wśród biskupów czy kardynałów. Nawet bym się nie zdziwiła, gdyby oprócz znanych nam stopni hierarchii, istniały specjalne o których nie wiemy, zarezerwowane dla magów pełną gębą.

    Istnieje też sporo materiałów wskazujących, iż kościół katolicki jest w istocie kościołem satanistycznym. Osobiście wolę: służącym złym mocom, będący przeciw człowiekowi. Pieczętują ludzi tymi swoimi sakramentami, osłabiają energetycznie, zamykają duszę w skorupie, odcinają kontakt z Absolutem. Niczym pijawki wyciągają z nas energię.

    Poświęcony obrazek, medalik, czy inny przedmiot jest amuletem, który oddziałuje na człowieka. A jak może oddziaływać amulet przedstawiający męczennika umierającego na krzyżu? Czy jest to dobra energia? Zdecydowanie nie.

    Chodzenie po kolędzie, to typowe dla kościoła przechwycenie dawnego rytuału i przerobienie go na swoją modłę.
    Bożym Narodzeniem były Szczodre Gody, a jeszcze dawniej Saturnalia: http://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Awi%C4%99to_Godowe
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Saturnalia

    W każdym razie, słowiańskim obyczajem, po nowym roku grupki (najczęściej młodzieży) chodziły od domu do domu. Za wiki:
    „Grupa kolędnicza nosiła maszkary, którymi dla żartu straszono widzów. Najbardziej popularną był turoń, osadzony na kiju, z ruchomą, kłapiącą paszczą; ten rodzaj kolędowania nosił nazwę chodzenia z Turoniem. Zamiast Turonia wodzono niedźwiedzia, kozę, konia, koguta. Maszkary te mają swoje źródła w przedchrześcijańskich praktykach zaklinania urodzaju na Słowiańszczyźnie.”

    Kościół katolicki uwielbiał zawłaszczać święta „pogańskie” i adoptować je do swoich potrzeb.
    Święcenie domów wodą święconą podczas kolędy może być rodzajem znakowania i infekowania domu energią egregora. Na pewno wizyta księdza ma rytualny charakter, bo przecież należy przygotować „ołtarzyk”: dwie świece (gromnice czy inne, byle wcześniej poświęcone), krzyż, pismo święte, naczynie z wodą święconą, kropidło.
    A sama „woda święcona” jest przecież stwarzana w trakcie Triduum Paschalnego, czyli wtedy gdy kościół celebruje mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. Msze te są dla kościoła najważniejsze (nawet ważniejsze niż samo Boże Narodzenie!), więc rytuały te muszą mieć największą moc.
    Czasami zdarza się, że ksiądz nie przynosi własnej wody święconej, tylko wierni przygotowują własne zapasy. Najczęściej jest to woda wzięta z kościoła, więc na jedno licho wychodzi… Woda doskonale zapamiętuje wibracje otoczenia, więc „woda święcona”, która była w kościele świadkiem licznych mszy jest odpowiednio naładowana.
    Może ktoś naleje kranówy i ksiądz się nie połapie, ale „prawdziwy katolik” raczej takiego numeru nie wytnie. ;)

    „Czy da się całkowicie zneutralizować rytuał kościelnego ślubu? Czy zawsze już zostanie jakiś „ślad”? Czy da się skutecznie zerwać więzy energetyczno-duchowe z małżonkiem, nawet gdy on tego nie chce (pomimo rozwodu)?”

    Na pewno da się od tego odciąć, od wszystkiego można. Jedni zrobią to sami pracując z energiami i oczyszczając się, innym może być potrzebne wsparcie np. bioenergoterapeuty. W sytuacji jeśli małżonek nie akceptuje rozstania, może podłączać się do nas mentalnie i powodować przywiązanie na poziomie energetycznym. Wtedy to już nie tyle działa rytuał ślubu, co czyjeś chciejstwo. W takim układzie trzeba się regularnie oczyszczać, lub też skorzystać z pomocy fachowca, który zajmuje się pracą z energiami.

    „A jak to jest ze ślubem cywilnym – taki ma zapewne zdecydowanie mniejszą moc, jest tylko „cywilna” formułka i nie powinno być „drugiego dna”, jakie podstępnie stosuje się w kościelnym rytuale?”

    Ślub cywilny sam w sobie nie ma znamion rytuału magicznego – to formalność. Podczas ślubu kościelnego kapłan symbolicznie związuje ręce ludzi stułą, a obrączki są święcone. Teksty przysięgi małżeńskiej różnią się pewnym specjalnym szczegółem.

    Cywilna brzmi w ten sposób:
    „Świadomy praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z (imię Panny Młodej) i przyrzekam, że uczynię wszystko aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe.”

    Kościelna:
    Ja (imię Pana Młodego) biorę sobie Ciebie (imię Panny Młodej) za żonę i ślubuję Ci miłość wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.”

    Gdzie jest haczyk? Podczas cywilnego ślubu nie PRZYSIĘGASZ, ani nie ŚLUBUJESZ, tylko UROCZYŚCIE OŚWIADCZASZ.

    Nawet Jezus uczył, że przysięgać nie wolno. Katolicki ślub w ogóle jest lekko niezgodny z Biblią:
    Mt 5,33-37
    33 Słyszeliście jeszcze, że powiedziano przodkom: „Nie będziesz fałszywie przysięgał”, oraz: „Dotrzymasz Panu swoich ślubów”. A ja wam mówię, by w ogóle nie przysięgać: ani na niebo, bo jest tronem Boga; ani na ziemię, bo jest podnóżkiem Jego stóp; ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego Króla; ani na swoją głowę nie przysięgaj, bo nie możesz nawet jednego włosa uczynić białym lub czarnym. Wasza mowa niech będzie: „Tak – tak, nie – nie”. A co nadto, z zepsucia jest.”

    Przysięga/ślubowanie ma taką moc, że stajemy się więźniami i mamy karmiczne zobowiązanie. Nie dopełnimy przysięgi w jednym życiu, to będziemy musieli w następnym, lub kolejnym, aż do skutku. Rytualna przysięga wzmocniona przez kapłana z pewnością działa jeszcze głębiej.
    Jezus uczył, żebyśmy niczego nigdy przysięgali, bo nie wiemy co się wydarzy, ani czy nasz wybór jest dobry. W chwili przysięgania może i wydaje się ok, ale co będzie za rok, dwa, dziesięć lat?

    Da się bardzo zauważyć, jak często ludzie, którzy za życia dostrzegali podstępność religii i byli „anty” (…) na starość głupieją i godzą się na księdza (lub często sami go chcą), który przyjdzie z „ostatnim namaszczeniem”, a na koniec kolejne „potwierdzenie własności” przez katolicki pogrzeb…”

    Tak, niestety. Tu decyduje zwykły strach. Kościół przez wiele wieków pracował nad tym, by ludzie bali się rzekomego piekła jeśli odejdą od wiary, lub umrą „w grzechu”. Zaszczepili w nas poczucie winy, lęk przed potępieniem i irracjonalne podejście do samego umierania. Ludziom wydaje się, że śmierć jest czymś najgorszym, a po drugiej stronie czeka na nich wyłącznie brodaty starzec, który prowadził rejestr wszystkich przewinień. Nie wybacza, surowo ukarze za wszystko, co człowiek zrobił i o czym pomyślał. Brrr.. Bóg katolicki to absolutny potwór. :)

    Pozdrawiam ciepło!

  7. Wojtek says:

    Witaj Kingo! :-)

    Wielkie podziękowania dla Ciebie za obszerne i świetne odpowiedzi! :-)

    …a więc każdy funkcjonariusz kk to przebiegły hipokryta, doskonale zdający sobie sprawę, że oszukuje ludzi… Czy da się „zmierzyć” ich siłę, z czymś przyrównać, np. w czasach dzisiejszych i porównać np. z tym, co było lat temu 20 czy 50…? Marne to chyba pocieszenie, że jest z pewnością znacznie niższa, skoro to i tak mega ogromna energia…?

    Zastanawiałem się kiedyś nad tym, by „wypisać się” z tej organizacji (spełniam wszystkie pozostałe kryteria ;-) ) – za sprawą tekstu Alehana, według którego potrzebne jest to do całkowitego odcięcia związków z tą instytucją. Dwoje znajomych ludzi zajmujących się „energiami”, tak jak i Ty twierdzą, że to nie jest potrzebne do wyzwolenia się od nich – chyba, że ktoś lepiej się również przez to poczuje, to proszę bardzo… Zajmują się regularnie, co jakiś czas osobą, która była „wysoko” w samym ich państewku, lecz zrezygnowała – od tego czasu notorycznie wysyłają mu po chrześcijańsku ogromnie silne pokłady „dobrych inaczej” życzeń, które go dobijają zdrowotnie… Są tak silne, że problemy te regularnie do niego wracają i nic się na to nie zaradzi – a jeśli już, to na krótko… Tak jak w mafii – to jest droga w jedną stronę… Kto się wyłamie – załatwią go w taki czy inny sposób…

    Wśród tych przeróżnych kościelnych rytuałów, podobnie jest zapewne z dzieleniem się „poświęconymi” opłatkiem i jajkiem? – motyw z „wodą święconą”…

    Hmm… A jak to jest ze wspólnym dzieckiem w takim małżeństwie z rytuałem w postaci katolickiego ślubu – takie dziecko może wzmacniać wzajemne więzi i relacje w następnych wcieleniach pomimo rozwodu i „oczyszczania”? Czy takie „oczyszczanie energetyczne” po rozwodzie, wspólnym dziecku i konsekwencjach ślubnej przysięgi może temu zaradzić, ogólnie da się uwolnić od tego wszystkiego w kolejnych życiach (nie wiem czy jasno się wyrażam :-) )?

    Dokładnie, kk to będąca przeciw człowiekowi podstępna instytucja, służąca złym mocom… Wszystko co robią, robią przeciw ludziom… Straszny ten ich Bóg…

    Sporo w internecie można znaleźć ciekawych materiałów o kk, oto kilka linków:

    http://watykan.andrzejstruski.com/articles_6_Ezoteryczny-Watykan—Tajemnice-Watykanu–cz-II-.html

    http://watykan.andrzejstruski.com/articles_9_Rogaty-Watykan.html

    http://www.zbawienie.com/magiakrk.htm

    http://watykan.andrzejstruski.com/articles_2_Dogmaty-%26%238211%3B-Przedmowa.html

    http://watykan.andrzejstruski.com/articles_4_Cztery-Ewangelie-Nowego-testamentu-podwazaja-sie-nawzajem.html

    http://watykan.andrzejstruski.com/articles_7_Papiez-musi-umrzec.html

    http://watykan.andrzejstruski.com/articles_8_Afera-Banco-Ambrosiano.html

    http://watykan.andrzejstruski.com/articles_3_Tajne-Szyfry-Biblii.html

    Serdecznie pozdrawiam,
    Wojtek

  8. Kinga says:

    Dziękuję za ciekawe linki, zapoznam się z nimi. :)
    W necie rzeczywiście coraz więcej pojawia się tego rodzaju stron i wyjaśnień. Ostatnio trafiłam na stronę Zbigniewa Jana Popko – warto poczytać dział wiedza (http://popko.pl/wiedza/), bo nawet ciekawie prawi, acz też zalecam pewną dawkę ostrożności, ponieważ pojawiają się tam dziwne elementy wiejące „nawiedzeniem”. :D
    Rozbawiła mnie zwłaszcza skala pasożytnicwa wg. pana Popko:

    - człowiek normalny
    - zmoczony :)
    - żubr (LOL! a czemu żubr, a nie na przykład wół?)
    - pasożyt
    - hiena
    - barikol (Hę?)
    - menda (:D)

    Naturalnie, że można mierzyć przy pomocy wahadełka poziom wibracji człowieka, jego czakr, ale to co proponuje pan Popko jest dla mnie równie osobliwe, jak mierzenie ERD (etap rozwoju duchowego).
    Stronę czyta się ciekawie i co nieco można wynieść z zamieszczonych tam treści, ale nie należy brać wszystkiego z nadmiernym entuzjazmem.

    „Czy da się „zmierzyć” ich siłę, z czymś przyrównać, np. w czasach dzisiejszych i porównać np. z tym, co było lat temu 20 czy 50…? Marne to chyba pocieszenie, że jest z pewnością znacznie niższa, skoro to i tak mega ogromna energia…?”

    Wydaje mi się, że ich wpływy słabną. W naszym kraju jeszcze 20-30 lat temu większość ludzi śmigała co niedzielę do kościoła, a ci co nie chodzili i nie praktykowali stanowili mniejszość. Teraz jak wiadomo kościoły świecą pustkami. Młodzi chodzą na mszę od święta, ewentualnie przy okazji chrzcin, ślubu lub pogrzebu.
    Warto zastanowić się, co spowodowało taką sytuację. Odpowiedź w sumie jest prosta: inny światopogląd, który jest efektem otwarcia się na zachodnie wpływy po roku 90. Ludzie od małego dziecka są indoktrynowani przez telewizornię, bajki, seriale i filmy, gazety i czasopisma – a w tych wartości chrześcijańskich raczej się nie przekazuje.
    Przychodzi mi na myśl, że być może poza kościołem istnieje inna siła, która rywalizuje o przejęcie steru i zagarnięcie dla siebie stada. NWO? Masoni? Licho wie.
    Ale to nie byłoby nic nowego! Przecież Hitler, Lenin, Stalin, starali się zająć miejsce najwyższego kapłana, a na swojej ideologii w istocie budowali nową religię. Obaj znali doskonale to, o czym my tu mówimy. III Rzesza była zbudowana na okultyzmie i nim przesiąknięta – istnieje na to setki dowodów i relacji. Hitler nie był zwykłym wariatem. Zanim jeszcze został politykiem, już zadawał się z Towarzystwem Thule i to z Thule czerpał inspirację oraz ludzi którzy później byli jego najbliższymi współpracownikami.
    Sowieci o ile wiem, też nie stronili od wiedzy tajemnej, doskonale znali zasady. :)

    Hmmm… Może właśnie KrK ma prężnie działającą konkurencję? Może to nawet ta konkurencja podrzuciła „na rynek” New Age, który dla wielu jest zamiennikiem religii, a jednocześnie stanowi tylko niestrawną papkę quasiezoteryczną?

    A jak to jest ze wspólnym dzieckiem w takim małżeństwie z rytuałem w postaci katolickiego ślubu – takie dziecko może wzmacniać wzajemne więzi i relacje w następnych wcieleniach pomimo rozwodu i „oczyszczania”?

    Nie wydaje mi się, żeby dziecko brało w tym udział, czyli poprzez chrzest w energetycznym sensie związywało swoich rodziców. Za to rodzice chrzestni mogą dostawać jakieś powiązanie karmiczne, bo w rytuale chrztu przecież stają się kimś w rodzaju strażników, którzy mają dopilnować by dziecko był wychowane w duchu religii. Chrzestnymi nie mogą być rodzice dziecka, muszą to być osoby trzecie…

    Dziecko jest osobną istotą duchową. Często nawet wybiera zupełnie inną drogę niż rodzice, np. całkowicie zmieniając wyznanie, albo rezygnując z religii. Strażnik-chrzestny być może jest tym, kto z własnej woli zgadza się przyjąć obowiązek pilnowania dziecka? Hmmm…
    Ciekawe, że rytualny znak krzyża na czakrze trzeciego oka robi dziecku nie tylko ksiądz, ale także rodzice i rodzice chrzestni. Może więc dziecko nie tyle „związuje” matkę i ojca, lecz jest przez nich i rodziców chrzestnych dodatkowo blokowane (jeśli oni pozostają pod wpływem egregora)? Karmicznie to nie dziecko „wiąże” tychże ludzi, tylko oni dziecko.

  9. Zdzislaw says:

    Witam serdecznie i widze ze sie temat rozwija. Bardzo duzo ciekawych informacji i mysle ze moze czas na jakies wnioski. Z tego co juz zostalo napisane to na pewo istnieje jakas sila albo energia czyli istnieje Bog albo cos co jest absolutem dobrego ( kazdy moze to sobie nazwac jak chce Jahwe, Mojzesz, Mahometan, ja to nazywam Bogiem) Natomiast instytucja koscielna jest stworzona przez czlowieka i jego dzialalnosc nie zawsze jest zgodne z wola Boga i z tym co jego syn przekazal nam. Kto chodzi do kosciola wie ze istnieja prawa Boze i Koscielna, Boze sa stale ale inaczej interpretowane przez ludzi czy kosciol co moze prowadzic do dezorientacji. Prawa Koscielne moga byc inne w zaleznosci od panstwa czyli na ile pozwala prawo panstwowe ( tu tez jestesmy sterowani przez rzad, czyli czym silniejsza wladza tym silniej wprowadza swoje przekonania albo okultyzm Stalin, Hitler albo tworzy wlasne np: Korea Polnocna. Mysle ze trzeba tez dodac nowa sile w postaci prasy, telewizorni itp. Czyli czlowiek dostal wolna wole ale otacza go mnostwo magi, roznych obyczajow i zwyczajow, religii, sekt, praw rzadowych, religijnych itd. Przyponme ze ludy pierwotne tez mialy swoja hierarchie – rada starszych itd. Czyli jestesmy zniewoleni i z kagancem ale co dalej, zyc trzeba w spoleczenstwie tylko jakim?

    Podoba mie sie bardzo stwierdzenie
    Cytat: „Dziecko jest osobną istotą duchową. Często nawet wybiera zupełnie inną drogę niż rodzice, np. całkowicie zmieniając wyznanie, albo rezygnując z religii. ”

    Czyli dziecko ma wolna wole i i my tez ja mamy. Mozemy wybrac cos zupelnie innego niz nas karmia. Wiec nie mozna mowic ze jestesmy zniewoleni przez KK. Ja nie staram sie ich bronic, tylko znalesc sens w tym wszystkim co nas otacza. Mysle ze jest teraz chaos i brak tego swiatelka. Abstrachujac: to te swiatelko w tunelu moze by lokomotywa ktora nas rozjedzie – oby nie :)

    Padlo tez stwierdzenie ze mlodzi tak nie chodza do kosciola jak kiedys, to fakt bo ogladaja wiecej telewizji i jest inny tred na swiecie. Czyli ta nasza zachodnia kultura: TV, kolorowe magazyny tez ma magiczy wplyw? Chyba tak. Prowadzi do pewnych zachowan wsrod mlodziezy i doroslych. Ale czy to dobre ? Mamy wolna wole i wybierzemy sami. Jak historia pokazuje czlowiek nie zawsze chce uczyc sie na cudzych bledach tylko na swoich.

    Ja jeszcze chcialbym powrocic do Anneliese Michaelsen. Jej przypadek jest szczegolny. w zasadzie nie mam zadnego przygotowania medycznego ale moze warto sie zastanowic nad tym ze czlowiek posiada okolo 4000 bledow genetycznych wiec ktos kto stworzyl czlowieka nie zrobil nas idealnym prze co mamy rozne choroby np: psychiczne, shisofremie i paranoje. Mozg ludzki wplywa na organizmy ludzki bardzo silnie i moze doprowadzic caly organizm do smierci. Wiec jej przypadek jest ciekawy i czy tylko mialo miejsce opetanie przez zle duchy? Zlozonosc natury ludzkiej jest duza.
    Pozdrawiam serdecznie. Z.

  10. Kinga says:

    Naturalnie, kościół a Bóg, to dwie różne historie. Kościół jest wytworem ludzkim, nie jest Bogiem. Uzurpuje sobie boskość, każe w siebie wierzyć i jeszcze nazywa się świętym – jeśli Kościół coś ogłosi, jest to uznawane jako słowo Boga. Przecież to jakiś absurd. O ilości dogmatów niezgodnych z Pismem aż szkoda mówić. Ale przecież papież jest nieomylny, święty.

    Z pewnością istnieje Siła Wyższa, coś co troszczy się o ten świat i jest dobrym Ojcem nas wszystkich – nie ma nic wspólnego z kościołami, religiami i całym tym kramem, który powoduje że ludzie cierpią, nie rozwijają się, tkwią w duchowym zniewoleniu i oddają swoją energię jakiemuś bóstwu.

    Oczywiście, że każdy z nas ma wolną wolę. Wolna wola jest jednak pojęciem przede wszystkim duchowym i odnoszącym się do Duszy, nie zaś do codziennych wyborów. Żadna siła, nikt i nic nie jest w stanie tej wolnej woli zabrać. Niestety system można obejść: manipulując świadomością, tak że człowiek będzie wybierał to, co mu szkodzi i żywił przekonanie, że ów wybór jest jednym słusznym, prawdziwym i świętym.
    Rytuał chrztu w dużym stopniu pomaga ludziom oślepnąć – jest działaniem m.in. na czakrze Trzeciego Oka, która odpowiada za umiejętność duchowego rozeznania, intuicyjnego rozróżniania prawdy od kłamstwa. Upośledzenie pracy tego centrum energetycznego skutkuje niezdolnością do wyczuwania co się dzieje, człowiek nie potrafi „przejrzeć” złych intencji, nie doświadczy wglądu za zasłonę. Dlatego kapłani mogą od wieków robić swoje. Dlatego człowiek nawet jeśli trafi na coś – nie wiem, artykuł, wykład, film – coś co powinno otworzyć mu oczy, niczego nie rozumie i z miejsca to odrzuca.
    Człowiek taki nadal posiada swoją wolną wolę, lecz nie mając wiedzy o sobie, świecie, duchowości, wybiera to, co mu podsuwają pod nos kapłani, sądząc że przecież oni się na tym znają. Gdyby nie chrzest i reszta pieczęci, człowiek miałby lepszy kontakt z własną Duszą, oraz z Absolutem, a kapłani nie byliby mu potrzebni, ani nie byliby w stanie kierować jego wyborami.
    Na tym polega to zniewolenie. Nie ma krat, nie ma nakazu, nie ma więzienia. Ludzie sami wybierają tę ścieżkę, bo nie mają pojęcia, że może być (i powinno być) inaczej.

    Oj, Anneliese zdecydowanie nie była chora w sensie fizycznym. Można racjonalizować, że może to była zwykła schizofrenia, że może inna choroba psychiczna – ale medycyna całkiem dobrze zna przypadki schizofrenii, oraz objawy przeróżnych chorób psychicznych, a to co się działo z tą dziewczyną nie pasuje do żadnej kategorii choroby fizycznej czy psychicznej.
    Za opętaniem przemawia natomiast wszystko: od tego jak się historia zaczęła, poprzez to jak przebiegała i w jaki sposób się zakończyła. Podobnych scenariuszy było wystarczająco wiele, by nie mieć złudzeń. Kościół nie kłamie, że to bylo opętanie, tyle że z historii tej zrobili sobie narzędzie propagandy: można pięknie postraszyć wiernych! Nie wiem po co mówią, że naprawdę miało miejsce ofiarowanie siebie za dusze grzeszników z czyśćca – możliwe, że chodzi o to, iż przecież dziewczyna była bardzo religijna, a mimo to spotkało ją opętanie. Gdyby powiedzieli prawdę, wynikałoby z tego jasno, że bycie religijnym nie chroni przed szatanem, a to by wywróciło do góry nogami i podważyło sens istnienia kościoła. Musieliby powiedzieć: niestety kochani, diabeł może przyjść pod postacią Maryi i nawet się nie połapiecie. Możecie modlić się 24 godziny na dobę – ups, diabłu to wcale nie przeszkadza!

    Na marginesie, jest jeden kapłan, który nie waha się mówic jak było naprawdę:
    Wedle mocno krytykowanej hipotezy ojca Marka Mularczyka, Anneliese Michel została wykorzystana przez szatana jako narzędzie i jej rzekoma ofiara ekspiacyjna była dopełnieniem opętania.

  11. Ehwaz says:

    Witam. ;)

    Muszę przyznać, że czekałem na ten wpis z niecierpliwością. I warto było. Dziękuję za jego opublikowanie. ;)

    Na tekst Alehana natknąłem się już wcześniej, ale nie wyjaśniał pewnych kwestii, które zostały wyjaśnione tutaj.
    Od przeczytania „Złodziejów dusz” oraz „Pieczęci…” w mojej głowie pojawiały się coraz to nowe pytania, a także przypuszczenia.

    Jak wspomniałaś Kingo na początku tekstu, nie bez przyczyny kościelnych sakramentów jest siedem. Warto też powiedzieć, że czakr także jest siedem. Interesujące, prawda? Pomyślałem sobie, czy to może być prawdą, że każdy sakrament blokuje jedną czakrę? (Nie wykluczajmy też, że niektóre sakramenty mogą załatwić nas „hurtowo” ^^)

    Najbardziej zaciekawił mnie sakrament pokuty. Tak na chłopski rozum… kościół wmawia ludziom, że są grzesznikami i jedynie poprzez oddanie się wierze będą w stanie oczyścić się z grzechu. Z tego co wiem, czakrę (drugą) genitalną blokuje poczucie winy. I nagle wszystko staje się jasne.
    A sama spowiedź? Tak naprawdę jakie grzechy mają zwykli, prości ludzie? Z jakimi grzechami idą do spowiedzi dzieci? „Kłamałem, przeklinałem, nie słuchałem się rodziców, źle życzyłem sąsiadowi…” Czy są to czynności warte potępienia? Nie sądzę.
    Ale do spowiedzi trzeba pójść, prawda? Bo inaczej nie wolno przyjąć eucharystii.
    Z czym wiąże się spowiedź? Z wspomnianym wyżej poczuciem winy, a także ze wstydem. Czakrę splotu słonecznego blokuje właśnie wstyd.

    A namaszczenie chorych? Poza tym, że manipulują energią czakry trzeciego oka, przywiązaniem duszy do wyznania, jestem przekonany, że najbardziej rozchodzi się o czakrę korony (tak jak pisał Alehan).

    Co z pozostałymi sakramentami? Chrzest został już bardzo dobrze opisany, bierzmowanie także, o eucharystii raczej już dodać nic nie można.
    Pozostało kapłaństwo. Nasuwa mi się pytanie:
    Dlaczego jeden z rytuałów przeznaczony jest dla samych zainteresowanych?

    Trzeba jeszcze dodać, że jakby poprosić inteligentnego człowieka wierzącego (fanatyków niestety odrzucamy z miejsca) o chwile wysłuchania i obiektywnego spojrzenia na sytuację, nie opowiadając mu o rytuałach, czakrach i pieczęciach, a o złych emocjach, jakie kościół przekazuje swoim wiernym, to ten człowiek najprawdopodobniej przyznałby nam rację.
    Bo kościół STRASZY piekłem, ogniem, wiecznymi mękami, czyśćcem, demonami, opętaniami i szatanem z widłami…
    WPAJA nam poczucie winy.
    SPRAWIA, że się wstydzimy.
    KAŻE się modlić, umartwiać i smucić.
    KŁAMIE, że to dla naszego dobra.
    BLOKUJE nasz rozwój duchowy.
    KARMI się naszą energią.

    Jak można przejść obok tego wszystkiego obojętnie?

    A propos zsyłania złych myśli, uczuć, itp. na osobę, która rezygnuje z kościoła, to doświadczyłem tego na sobie. Kiedy zacząłem stawiać pytania, a odpowiedzi nierzadko wprawiały mnie w osłupienie, postanowiłem „wypisać” się z kościoła, lub jak to ładnie nazwać, dokonać aktu apostazji.
    Chwilę po postanowieniu zakręciło mi się w głowie i zrobiło mi się niedobrze. Organizm nie wywołuje takich rzeczy bez powodu.
    Długo nie czułem się najlepiej, aż olśniło mnie, dlaczego tak się działo. Powiedziałem sobie, że i tak nie zmienię decyzji, wyobraziłem sobie tarczę wokół siebie i utwierdziłem się w tym przekonaniu, a po chwili… mdłości zniknęły.

    Przy okazji czytania wpisu i komentarzy, nasunęły mi się dwa pytania.

    Na czym naprawdę polega „Dar Ducha Świętego”? Czy mówienie w innych językach, albo nagłe zmiany nastroju mogą być wywołane przez przywołanie jakiegoś bytu i umieszczenie go w osobę proszącą o taki „dar”? (Ładny mi prezent, swoją drogą…)

    I drugie pytanie:
    Czy stygmaty pojawiające się na ciałach „świętych”, mogą być spowodowane przez nawiedzenia? Czy takie okaleczenia mają na celu… pokazanie, że to Chrystus zsyła na „świętego” łaskę swojego cierpienia? Przecież jest wiadomym, że stygmaty… może nie są pożądane, ale ich pojawienie się świadczy o głębokiej więzi osoby z Jezusem. A przynajmniej tak próbuje się wcisnąć ludziom.
    Z drugiej strony, jak można twierdzić, że rany są dobrym znakiem? W jakim świetle stawia to prawdziwego Jezusa? Czy naprawdę zsyłałby na swoich wyznawców cierpienia w fizycznej postaci?

    To wszystko nie trzyma się kupy. Nigdy się nie trzymało.

    Pozdrawiam, Ehwaz. ;)

  12. Wojtek says:

    Dziękuję Kingo za link do strony Z. J. Popko – fajnie czyta się te teksty, są ciekawe. Momentami jest rzeczywiście bardzo śmiesznie. :-) Faktycznie, da się tam też zauważyć jakieś „nawiedzeniowe” elementy, taki klimat jest dosyć wyczuwalny. :-D

    …a jeśli chodzi o wpływy w tym kraju naszej ulubionej „czarnej armii” – faktycznie, są sporo mniejsze niż kiedyś, ale chyba i tak jeszcze mocno żerują, drenują swe owieczki – nawet jeśli młodzi nie chodzą do kościołów, a pojawiają się tam najczęściej tylko okazjonalnie – to i tak te wszystkie „sakramenty” i inne kościelne rytuały robią w nich całkiem spore spustoszenie, pomimo sporadycznego uczestniczenia/przyjmowania (oprócz tych zaliczanych przeważnie zawsze (sakramenty chrztu, bierzmowania, komunii, …) )? Niestety, ale najczęściej kultywują to, „bo taka tradycja”, takie „wychowanie”… Tak się przyjęło i tak łatwo to chyba nie zacznie zanikać…? Ale z drugiej strony coraz więcej ludzi odchodzi od tego i to jest dosyć widoczne – oby jak najwięcej pozostałych też się budziło…
    O, właśnie! – bardzo możliwe, że jakaś ukryta (jeszcze…?) konkurencja, zechce zagarnąć takie smakowite stadko. Jeden rząd światowy (już taki oficjalny), jedna armia, jedna waluta, jeden centralny bank, (…), jedna religia! ;-) W najgorszym wypadku „zły” zastąpi „złego”… Tak, być może to oni podrzucili New Age, sondując jak się przyjmie i rozwinie oraz żeby trochę namieszał monopolistom, podbierał im troszkę stadka. :-)

  13. Kinga says:

    Witajcie. :) Przepraszam, że dopiero piszę – miałam zapracowany tydzień.

    Ehwazie, stygmaty to akurat dzieło bytu, który podłącza się pod człowieka. Historycy i archeologowie już dawno udowodnili, że podczas ukrzyżowań nigdy nie przebijano dłoni, zatem i Jezus nie mógł być ukrzyżowany w ten sposób. Byty duchowe nie interesują się faktami historycznymi, tylko czerpią wiedzę bezpośrednio z wierzeń swojej ofiary. Mają dostęp do sfery mentalnej, stąd mogą wiedzieć co nas kiedyś spotkało, o czym nikomu nie powiedzieliśmy, udawać zmarłego krewnego, albo obiekt wierzeń. Katolicy mają zakodowane w głowach, że Jezus miał przebite dłonie, więc i byty wykorzystują ten motyw. :)
    Dobrym przykładem jest św. Faustyna Kowalska, której ukazywał się Jezus i na podstawie postaci którą widziała, powstał obraz Jezusa Miłosiernego: http://www.garnek.pl/mir28/9656192/jezus-milosierny
    Tyle, że prawdziwy Jezus wcale tak nie wyglądał. TAKI wizerunek młodego człowieka z europejskimi rysami twarzy, brodą i z lekko falującymi jasno brązowymi włosami, zaczął pojawiać się na obrazach setki lat po wydarzeniach, o których czytamy w Biblii. Taka twarz jest wyłącznie artystyczna wizją, która po prostu się przyjęła…
    Z jakiej niby przyczyny prawdziwy Jezus miałby ukazywać się i przybierać nieprawdziwy wygląd?
    A byty właśnie tak robią. Korzystają z wzorców jakie mamy w głowie i jakie sami im dajemy. Prawie zawsze jest tak, że przy pierwszych widzeniach nie mają kształtu wcale i nie podają się za żadną określoną postać. Są tylko świetlistym zarysem, energią. Człowiek taką ma naturę, że musi nazywać zjawiska. Pada pytanie: „kim jesteś?”. Byt nie może kłamać i sam nazwać się Jezusem, więc udziela idiotyczne odpowiedzi typu „Jestem światłem, przedwiecznym ogniem”. Człowiek sam dośpiewuje sobie, że to w takim razie może być Jezus, wow! A byt łaskawie nie zaprzecza, tylko na kolejne spotkania, zgodnie z życzeniem pojawia się w coraz bardziej jezusobodobnej formie i zaczyna grać tę rolę.
    Identycznie było w wielu przypadkach objawień, nie tylko katolickich, tylko jak świat długi i szeroki. Tak to po prostu działa. One przy pierwszym energetycznym kontakcie nie mają formy, są tylko energią – dają wrażenie oślepienia jakimś wspaniałym nieziemskim światłem, co jest odbierane jako głęboko mistyczne doświadczenie kontaktu z doskonałością. Jeśli człowiek jest wierzącym katolikiem, to dośpiewa sobie że to Jezus, Maryja, czy jakiś święty. Jeśli jest ezoterykiem, może dośpiewać sobie ze to Anioł, Opiekun Duchowy, lub ktoś z kosmosu (Plejadianin czy inny wynalazek).
    Postać jezusopodobna zaczyna gadać jak Jezus i nawiązuje do religii (oczywiście korzystając z wzorców jakie ma dana osoba). Postać w typie Opiekuna Duchowego, będzie opowiadała o prawdach duchowych z wyraźnie ezoterycznym zabarwieniem.

    W sumie chyba nie można powiedzieć, że każdy z sakramentów skupia się na jednej określonej czakrze. Liczba siedem może nie pochodzi od ilości czakr, tylko wynika z tego, że jest to akurat liczba mistyczna, symbolizująca doskonałość i dopełnienie.

    Najważniejsze sakramenty (przyjmuje się je jeden raz), to chrzest, bierzmowanie i święcenia kapłańskie. Nie trudno się domyślić, że one pewnie są najpoważniejsze w skutkach. Są to rytuały o charakterze inicjacyjnym, można tu nawet dostrzec stopniowanie: chrzest jest tylko wpisaniem się w strukturę, następnie mamy bierzmowanie które jest dopełnieniem chrztu i na tym zwykli ludzie kończą, ostatecznie zaś jest kapłaństwo – najwyższa forma wtajemniczenia.
    Eucharystia tylko wzmacnia ich działanie i pozwala utrzymać ich moc.

    Sakrament małżeństwa dość ciekawie opisał św. Tomasz z Akwinu, nazywając go sakramentem leczącym pożądliwość.
    Nietrudno zrozumieć, że sakrament ten może dotykać czakry seksualnej i upośledzać jej funkcjonowanie.
    Może małżonkowie po potraktowaniu tym sakramentem, przestają być zdolni do prawidłowego korzystania z energii seksualnej? A gra jest tego warta, bo zdrowa energia seksualna odgrywa dużą rolę w poszerzaniu świadomości i rozwoju duchowym. Seksualność jest też uznawana za najpotężniejszą energię, jaką w ogóle dysponuje człowiek…

    Sakrament pokuty sprawia, że człowiek tapla się w negatywnych stanach emocjonalnych i psychicznych. Z psychologicznego punktu widzenia, kapłan z jednej strony dąży do wzbudzania poczucia winy, z drugiej stoi jako ten który od win uwalnia.
    Im mocniej przeżyjesz negatywne stany (poczucie winy, wstyd, etc.), tym intensywniej odczuwasz „ulgę” po spowiedzi.
    Odchodzisz od konfesjonału, jest ci tak lekko, przyjemnie i dobrze… Achhhh… :)
    Można pomyśleć, że stał się cud oczyszczenia z grzechów, a to mechanizm całkiem prosty – ot, manipulacja.
    W sensie energetycznym, człowiek doświadczając poczucia winy, generuje negatywne i ciężkie wibracje, które z resztą stanowią bardzo smakowity kąsek dla negatywnych bytów.
    Czyżby sakrament pokuty miał w istocie spowodować wydzielenie energetycznego syfu, a następnie polegał na zebraniu go niczym śmietankę?

    Co do lęku, ja też go doświadczyłam! Dokładnie tak jak Ty Ehwazie! Był bardzo nietypowy, no i pojawił się, gdy pierwszy raz przeczytałam teksty Alehana. Teksty nie były dla mnie zaskoczeniem, nie mogę też powiedziec, że mną wstrząsnęły, czy postanowiłam natychmiast lecieć się odchrzcić. Od kilku lat nie bywałam już w kościele, nie byłam jakkolwiek zaangażowana w religię. Po prostu przeczytałam te teksty i przyjęłam do wiadomości.
    Gdy zastanawiałam się nad sytuacją, przez chwilę wzięłam pod uwagę „co by było gdybym dokonała formalnej apostazji?”… I wtedy spłynęło na mnie to osobliwe odczucie. Nie był to taki zwykły lęk, ani strach, nic co już bym znała. Nie da się tego racjonalnie wytłumaczyć.
    To była taka… czarna fala. Na chwilę ciemniało mi przed oczami, jakby ktoś narzucał mi na głowę gruby koc. Odczuwałam też lekką duszność i specyficzny ucisk w okolicach splotu słonecznego.
    Nie trwało to długo, najwyżej kilka sekund. Potem wracało co kilka miesięcy, w bardzo nieregularnych odstępach czasu, zwykle wtedy, gdy ocierałam się o tematykę, o której tu mówimy…
    Teraz już mogę gadać o kościelnej magii, a nawet otwarcie pisać o działaniu sakramentów i zupełnie nic się nie dzieje. :) Jeszcze kilka miesięcy temu, gdy zdarzyło mi się rozmawiac np. na jakimś forum, bywało że… nie mogłam opublikować wypowiedzi. Akurat w chwili gdy chciałam ją wysłać, przestawał działać mi net, albo przez moment nie było prądu, komputer się wyłączał i napisany post przepadał. Może to przypadek, a może nie.

    „Dar Ducha Świętego” może być czymś w rodzaju otwarcia się na swobodny przepływ energii/kontakt z bytami, które stoją za Kościołem.
    Sakramentalnych Darów Ducha Świętego jest siedem: mądrości, rozumu, rady, męstwa, wiedzy, pobożności, dar bojaźni bożej. W necie jest sporo wyjaśnień, co te „dary dają” – oczywiście katolickich wyjaśnień. Trzeba na to spojrzeć z innej perspektywy i staje się dość zrozumiałe, co takiego te dary powodują. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>